Mówi się, że w muzyce popularnej wszystko już wymyślono i
jedyną jej szansą na dalszy rozwój jest powrót do tego, co już było. Potwierdzeniem tej teorii jest wysyp coverów, mniej lub bardziej jawny sampling… krótko
mówiąc: muzyczny recykling. Rzeczywiście, coraz trudniej jest stworzyć dźwięki, które zaskoczą świeżością. Nie zawsze jest to jednak konieczne, aby
wywołać błogi uśmiech na twarzy słuchacza. Czasem wystarczy wykorzystać
stylistykę, której w danym okresie brakuje w mediach i odkryć ją na nowo. Warunek
sukcesu jest jeden: musi to być muzyka ponadczasowa, którą artysta poczuje
całym sobą i w której będzie autentyczny. Tak było w przypadku Amy Winehouse i
jej najsłynniejszego albumu. Ale nie tylko... Posłuchajcie.
Amy
Wydana w 2006 roku płyta Back
to Black formalnie nie przyniosła muzycznych rewolucji. Wszystko to już
słyszeliśmy czterdzieści lat wcześniej. Klasyczny rythm and blues w podobnym
wydaniu królował w amerykańskich i brytyjskich radiostacjach w latach 60.
Wystarczy wspomnieć kilku artystów z tego okresu: Ray Charles, Diana Ross (The
Supremes) czy Marvin Gaye. Schowana w pachnących winylem szafach muzyka zyskała
nowe życie za sprawą Amy Winehouse. Niemała w tym zasługa także producentów
albumu: Mark Ronson i Salaam Remi wprowadzili podmuch świeżego powietrza w
zakurzony i (wydawałoby się) niemodny soul. Melodyjne kompozycje i oryginalny
głos Winehouse zrobiły resztę, windując Back
to Black (z takimi przebojami, jak m.in. Rehab i tytułowy) na szczyty list przebojów. Liczne
nagrody (w tym Grammy w kategorii Best Pop Vocal Album) tylko potwierdziły
klasę albumu.
Był to ostatni album Winehouse, która zmarła 23 lipca 2011
roku. Czy wraz z nią odszedł inspirowany latami 60. r&b? Bynajmniej.
Szczytowy moment renesansu tego gatunku co prawda przypadł właśnie na drugą połowę lat
2000., jednak do dziś wybrzmiewają echa jego popularności. Wystarczy wspomnieć
takich wykonawców, jak Duffy, Adele czy Sam Smith, którzy w swoich kompozycjach
czerpią z „czarnej” spuścizny garściami. Ich piosenki nie nawiązują
stylistyki sixties w takim stopniu, jak utwory Amy, jednak ośmielę się wysunąć
tezę, że bez płyty Back to Black,
kierunek, w którym podążyła współczesna muzyka, mógł być inny.
No dobrze, ale jeśli to właśnie stylistyka Back to Black, a nie jej pochodne, jest
tą, która nas urzeka i chcielibyśmy usłyszeć dziś więcej świetnych piosenek w
tym klimacie (Amy z przyczyn obiektywnych już nam ich nie dostarczy), to jak na
nie trafić?
Jest taka para wykonawców, których chciałbym Wam
przedstawić.
Saint Lu
Austriaczka Luise Gruber podjęła co najmniej jedną dobrą decyzję w swoim życiu - przybrała pseudonim artystyczny. OK, dalej będzie bez złośliwości i prostackich dowcipów z nazwisk, bo ta piękna kobieta ma duży talent. I niestety mało szczęścia.
Jej debiutancka płyta (Saint Lu) została wydana w 2009 roku i przeszła bez echa, mimo że znajdujące się na niej bluesowo-rockowo-popowe piosenki brzmią niezwykle energicznie i zarażają mocą. Krążek przez kilka tygodni nie znikał z mojego odtwarzacza. Świetny wokal (przypominający Anastacię) i piękne melodie - to nie wystarczyło, by podbić świat. Wystarczyło natomiast, by Luise stała się jedną z moich ulubionych wokalistek. Kto ciekaw, niech posłucha tego albumu w sieci… bo nie na nim chciałbym się tutaj skupiać.
Zaskoczenia nie będzie, jeśli napiszę, że drugi album Saint Lu o lapidarnym tytule 2 z 2013 roku również nie zawojował świata. Dlaczego wobec tego zawracam Wam nim tutaj głowę?
Saint Lu wyraźnie skręciła w „Dwójce” w muzycznie w rejony nieobce Amy Winehouse, okraszając swoją płytę soczystymi rythm & bluesowymi dźwiękami. Dobre melodie i charakterystyczny wokal pozostały na swoim miejscu. Płyta jest przebojowa, dobrze wyprodukowana i świetnie się jej słucha… Chociaż może tylko ja tak mam? Chętnie się dowiem, co Wy o niej sądzicie.
Saint Lu Cravin
Saint Lu Waterfall
Saint Lu Lady of the Lanterns
Tymczasem Saint Lu pozostaje praktycznie nieodkryta dla
świata. Mój skromny post raczej tego nie zmieni, choć będę szczęśliwy, jeśli
dzięki niemu kilka osób więcej usłyszy (i być może zakocha się) o pannie Gruber.
Bryn
Historia jakich wiele. Jest rok 2009, ja w trakcie zajmowania się czymś nieistotnym, w tle włączony telewizor pokazuje serię nikomu nieznanych teledysków wykonawców, którzy nikogo nie obchodzą. Nagle słyszę dźwięki, które wyraźnie odstają na tle poprzedzającej je muzycznej sieczki. I fenomenalny wysoki, przenikliwy wokal. Wykonawca: Bryn Christopher. Tytuł: Smilin’. Szybkie wertowanie sieci i już mogę posłuchać całego albumu. Kilka miesięcy później za sprawą Ebaya (okazyjnie: 10 zł z przesyłką!) mogłem cieszyć się nim w pełni legalnie.
Płyta My World to
kolejny przykład, że duch Amy nie został uśmiercony wraz z jej ciałem i wciąż
krąży nad niektórymi zdolnymi muzykami. Niestety, Brytyjczyk, podobnie jak Saint
Lu, nie ma zbyt dużego szczęścia w karierze. Jego album (pierwszy i jak dotąd
ostatni solowy) nie spotkał się na świecie z większym zainteresowaniem, a
wokalista po kilku latach chałtur i featuringów znalazł swoje miejsce w drum
& bassowej grupie I See MONSTAS. Znacie? No właśnie…
Was zachęcam do zaznajomienia się z My World. Ufam, że Bryn nie powiedział jeszcze swojego ostatniego
słowa w soulu i usłyszę jeszcze jego wokal okraszony tłustymi bitami r’n’b.
Bryn Christopher My World (live)
Bryn Christopher Stay with Me
Bryn Christopher Smilin'
Luise i Bryn na deser
Jeśli zainteresowała Was muzyka Saint Lu i Bryna Christophera, poniżej kilka ciekawostek z ich bieżącej działalności. Miłego słuchania!
Jeśli zainteresowała Was muzyka Saint Lu i Bryna Christophera, poniżej kilka ciekawostek z ich bieżącej działalności. Miłego słuchania!
Cover Elastic Heart (oryg. Sia) w wykonaniu Saint Lu. Nietypowy – akompaniują jej… kuchenne przedmioty.
Saint Lu Don’t Miss Your Own Life (z debiutanckiego albumu Saint Lu, 2009)
Sigala Sweet Lovin' feat. Bryn Christopher
I see MONSTAS Holdin' On
A może i Wy znacie innych świetnych wykonawców tworzących w podobnym stylu? Śmiało, podzielcie się. Dajcie i mnie się nimi nacieszyć ;)



