Stranger Things, nowy produkt ze stajni Netflixa, przez wielu szybko został obwołany najlepszym serialem tego roku. Klimatyczna opowieść o zjawiskach paranormalnych rozgrywa się w latach 80. i można w niej odnaleźć sporo nawiązań do popkultury tego okresu. Jako pierwsza zwraca uwagę klimatyczna syntezatorowa muzyka i ejtisowe przeboje. Inspiracji jest jednak więcej.
Wielu widzów odnajduje w serialu nawiązania do filmów Spielberga i pokrewnych mu reżyserów (m.in. E.T., Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Goonies) oraz książek Stephena Kinga (To, Ciało – sfilmowane jako Stań przy mnie).
Rzeczywiście, trudno się z tym nie zgodzić. Mnie jednak uderzyło podobieństwo serialu do opowieści stworzonych przez innego niezwykle popularnego w tym czasie pisarza – Deana Koontza.
Wielu widzów odnajduje w serialu nawiązania do filmów Spielberga i pokrewnych mu reżyserów (m.in. E.T., Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Goonies) oraz książek Stephena Kinga (To, Ciało – sfilmowane jako Stań przy mnie).
Rzeczywiście, trudno się z tym nie zgodzić. Mnie jednak uderzyło podobieństwo serialu do opowieści stworzonych przez innego niezwykle popularnego w tym czasie pisarza – Deana Koontza.
Dean R. Koontz wielką popularność zyskał w Polsce w latach 90., w czasie, gdy za oceanem jego pozycja jako poczytnego autora powieści grozy była ugruntowana od dobrych kilku lat. Za sprawą wydawnictwa Amber tłumaczone w ilościach hurtowych książki pisarza szturmem zdobywały księgarnie i biblioteki. Do tej pory w Polsce wydano blisko 70 jego powieści. Niezwykle płodny 71-latek do dziś wydaje średnio dwie książki rocznie, chociaż szczyt formy ma już dawno za sobą. Trzeba jednak przyznać, że nie każdy pisarz może się poszczycić ponad 450 milionami sprzedanych dzieł.
Jeśli zastanawiacie się, co sprawia, że książki autora tak (mogłoby się wydawać) niszowego gatunku, jakim jest horror, są czytane w masowych ilościach, spieszę z odpowiedzią. Wpływają na to między innymi te cechy, dzięki którym wielką popularność zyskał serial Stranger Things.
Jeśli zastanawiacie się, co sprawia, że książki autora tak (mogłoby się wydawać) niszowego gatunku, jakim jest horror, są czytane w masowych ilościach, spieszę z odpowiedzią. Wpływają na to między innymi te cechy, dzięki którym wielką popularność zyskał serial Stranger Things.
Poznajcie zatem 5 elementów, które łączą Stranger Things z twórczością Deana Koontza.
/Uwaga, dalsza część tekstu zawiera spojlery./
1. Horror realistyczny
1. Horror realistyczny
W odróżnieniu od Stephena Kinga Dean Koontz wątki swoich powieści opiera zazwyczaj na teoriach naukowych, uwiarygadniając nimi niesamowite wydarzenia, którymi raczy czytelników. Groza u Koontza często ma twarz potwora. Nie jest on jednak wytworem legend i podań ludowych, lecz eksperymentów naukowych, nietypowych procesów ewolucyjnych czy wydarzeń o pozaziemskim pochodzeniu. Częściej jednak groza ma w jego książkach ludzką twarz, ponieważ według Koontza to właśnie człowiek bywa źródłem największego zła.
Nie inaczej jest w Stranger Things. Tajny projekt CIA, MKUltra, którego efektem są nadprzyrodzone moce Jedenastki, nie jest wymysłem twórców serialu. W ramach tego trwającego w latach 1953 – 1964 przedsięwzięcia amerykańscy naukowcy eksperymentowali na ludziach, starając się znaleźć perfekcyjną metodę kontroli ludzkiego umysłu, dzięki której możliwe byłoby stworzenie żołnierzy, którzy podejmą się każdego zadania, bez względu na sytuację. W doświadczeniach brały udział także osoby zupełnie nieświadome związanych z nimi zagrożeń. Eksperymenty nie omijały dzieci.
Analogii z twórczością Koontza nie trzeba długo szukać. Wystarczy wspomnieć jedną z najbardziej znanych powieści autora pt. Opiekunowie (1987). W dużym skrócie: z pewnego tajnego laboratorium uciekają dwa genetycznie zmodyfikowane stworzenia – jedno to obdarzony ludzką inteligencją pies, drugie – monstrum stworzone jako maszyna do zabijania…
Wykorzystywana w serialu komora deprywacji sensorycznej również nie jest wytworem umysłu fantasty. Ten zbiornik wypełniony osoloną wodą o temperaturze zbliżonej do temperatury ludzkiej skóry jest wykorzystywany w celu odcięcia wszystkich zmysłów człowieka od bodźców zewnętrznych. Zamknięty w takim pojemniku osobnik nic nie widzi, nie słyszy, nie czuje… W serialu Jedenastka zanurzana była w komorze deprywacyjnej, aby nawiązać kontakt z „drugą stroną”. U Koontza ten budzący trwogę gadżet również znalazł swoje miejsce. W powieści Drzwi do grudnia (1985) jego rola jest jednak inna – ma umożliwić oddzielenie duszy od ciała. Eksperyment odbywa się w tajemnicy, a jego obiektem jest mała dziewczynka. Brzmi znajomo?
Przykłady szalonych naukowców, tajnych laboratoriów i niebezpiecznych eksperymentów w książkach Koontza można mnożyć: Nocne dreszcze (1976), Północ (1989), Zabójca strachu (1998), Przy blasku księżyca (2002)… A to tylko czubek góry lodowej.
2. Wielu bohaterów, jeden cel
2. Wielu bohaterów, jeden cel
Innym wspólnym elementem łączącym Stranger Things i książki Koontza jest sposób narracji. Tu i tu mamy wielu równorzędnych bohaterów, a opowieść prowadzona jest z różnych punktów widzenia. Nie ukrywam, że taka narracja bardzo mi odpowiada. Śledzenie akcji z różnych perspektyw dodaje dynamiki całej opowieści. Istotnie, w Stranger Things cały czas coś się dzieje i nie sposób się nim znudzić.
Inaczej, niż u Stephena Kinga, który skupia się zazwyczaj na jednym głównym bohaterze i jego osobistym strachu, zagrożenie u Koontza ma szerszy kontekst i dotyczy często całych społeczeństw, a efekty szkodliwej działalności człowieka miewają wpływ na losy świata. Projekt MKUltra w Stranger Things również nie ma wyłącznie lokalnego charakteru; skutki jego prac mogą zyskać zasięg globalny.
3. Zły (bardzo zły) charakter
Niezwykle ważnym elementem niemal każdej powieści Deana Koontza jest zły charakter. Główny bad guy może być psychopatycznym mordercą, szalonym naukowcem, efektem eksperymentów genetycznych, przybyszem z zaświatów… Niezmienne jest jedno – musi być bardzo zły.
Obecnie panującym trendem w popkulturze jest rozmywanie granicy pomiędzy dobrem a złem. W negatywnych postaciach dostrzega się zalążki dobra, a pozytywni bohaterowie nie są osobnikami bez skazy i zazwyczaj mają sporo za uszami.
Koontz wychodzi z założenia, że nic nie budzi większego strachu, niż czyste zło. I takie stara się przedstawiać na kartach swoich książek, bardzo często z udanym efektem. Również w Stranger Things trudno jest znaleźć choćby promyk dobra w potworze z „drugiej strony”. Główny ludzki zły charakter, doktor Martin Brenner, także nie został przedstawiony w dobrym świetle, choć akurat w przypadku tej postaci sporo kart pozostało do odkrycia w kolejnych sezonach.
4. Kluczowe wątki obyczajowe
Wątki obyczajowe są bardzo ważnym elementem książek Koontza. O ile negatywni bohaterowie jego powieści zawsze są źli do szpiku kości, o tyle wszyscy pozytywni nieustannie muszą się mierzyć z traumatyczną przeszłością lub teraźniejszością (np. cierpiąca na autofobię Martine z Fałszywej pamięci (1999); zmagająca się z traumą dzieciństwa Chyna z Intensywności (1995) etc.). Nowa sytuacja, w której stawia ich autor, potęguje tylko tragizm ich położenia i wzbudza w czytelniku jeszcze większe współczucie i poczucie solidarności. Sprytne, prawda?
I Koontz i twórcy Stranger Things dobrze grają na emocjach widzów. Pomaga temu dodanie wątków miłosnych i przezwyciężającej wszelkie zło przyjaźni.
5. Dobro wygrywa
W książkach Koontza – zawsze. W Stranger Things… – z tym wstrzymajmy się do kolejnych sezonów. Choć mam przeczucie, że zaskoczenia w tej kwestii nie będzie.
Zwiastun Stranger Things




